You are hereWspomnienia mieszkańca Warszawy

Wspomnienia mieszkańca Warszawy

  • warning: realpath() [function.realpath]: open_basedir restriction in effect. File(/tmp) is not within the allowed path(s): (/home/temeszow/:/opt/lsws/share) in /home/temeszow/domains/temeszow.pl/public_html/includes/file.inc on line 190.
  • warning: realpath() [function.realpath]: open_basedir restriction in effect. File(/tmp) is not within the allowed path(s): (/home/temeszow/:/opt/lsws/share) in /home/temeszow/domains/temeszow.pl/public_html/includes/file.inc on line 190.

Wspomnień czar, czyli Temeszów widziany oczami "mieszczucha"

Poniżej publikuję piękne i bardzo ciepłe wspomnienia Pana Stanisława Ossowskiego . Pan Stanisław jest mężem Temeszowianki, Pani Cecylii Milczanowskiej. Choć urodził się i mieszka w Warszawie, bardzo pokochał Temeszów i z całą pewnością mogę o nim napisać - sercem Temeszowianin. Choć czasy, o których pisze nie są aż tak bardzo odległe, bo przecież to lata siedemdziesiąte, to jednak takiej wioski już nie ma. Pan Stanisław w piękny sposób pisze o dawnej wsi, ale przekazuje też swoje przemyślenia na temat czasów obecnych. Zapraszam do lektury i zapowiadam ciąg dalszy :-))))

Stanisław Ossowski o Temeszowie

Wieś zmieniła się (jednocześnie na korzyść i na niekorzyść) od czasu, kiedy pierwszy raz przyjechałem do Temeszowa. A było to we wrześniu 1972 r., tj. w roku, w którym poznałem Celinkę, moją późniejszą żonę. Po ślubie bardzo często przyjeżdżałem tu, sam lub z rodziną.

Bardzo lubiłem teściów, rodziców Celinki, a zwłaszcza mamę, która była wszystkim życzliwa i (mieszkając wysoko i na uboczu na Zapolanie ) lubiła przyjmować gości, tych ze wsi jak i przybywających z daleka.

Ja, "mieszczuch" z Warszawy, lubiłem oddychać świeżym powietrzem, wchłaniać zapach suszącego się siana pod niebieskim niebem upalnego lata , wieczorem delektować się pod rozgwieżdżonym majowym niebem ciszą, czasami tylko przerywaną słyszanym z oddali szczekaniem psów czy warkotem cyrkularki, rozkoszować się widokiem lasu za Sanem, mieniącego się jesienią żółtymi i czerwonymi kolorami liści czy wreszcie wsłuchiwać się brzęczenie pszczół kursujących między ulami a bogatymi w nektar leśnymi drzewami czy koniczyną na łące (koniczem, jak mówią w Temeszowie).
Zresztą mógłbym wymienić jeszcze wiele innych zdarzeń, które były źródłem miłych wrażeń, jak spacery na Sanem, wycieczki do zabytkowej cerkiewki w Uluczu, spacer do Mrzygłodu i z powrotem, piesze wyprawy "na skróty" do kościoła w Dydni czy nawet przejażdżki wozem z teściem do GS-u (że o wypitej z tatą "halbie" piwa w dydnieńskim "Kosmosie" nie wspomnę). No i wieczorne ogniska z pieczeniem ziemniaków, umilane dźwiękami akordeonu. Nie zapomnę również smaku ówczesnego chleba z piekarni w Dydni, tego dużego bochenka z ciemną skórką i białym miąższem.
Pamiętam, że wszystkie pola wokół wsi i po drugiej stronie Sanu były obsiane, a uroku dodawały duże połacie żółcącego się rzepaku. Oprócz łanów zbóż i zagonów ziemniaków (jak mówiono "ameryków") wiele pól było obsadzonych tytoniem (bakonem).

Na Budy szło się z Zapolan przez Pacharyska otwartym terenem. Tu opalaliśmy się mając prze sobą widok na schowane w dole Budy czy leżące po przeciwnej stronie potoku Łazy.
Teraz w tym miejscu wyrósł, przez nikogo nie zasadzony, sosnowy las. I tylko wydeptana ścieżka prowadzi między tymi dwoma temeszowskimi przysiółkami.
Dawniej z okna kuchni w domu na Zapolanie rozciągał się widok aż po Krzemienną. Mama wypatrywała domowników czy gości przybywających z pracy lub z "dalekiego świata". Światła nadjeżdżającego autobusu czy latarki idącego pieszo z Krzemiennej były informacją, że ktoś wyczekiwany przybywa i były sygnałem do przygotowania posiłku.

I ja często przybywałem na Zapolany późnym wieczorem w piątek na weekend, przyjeżdżając ostatnim nocnym autobusem z Brzozowa ( który zabierał do domów pracowników z drugiej zmiany, m.in. z Fabryki Koronek).
Teraz widok z Zapolan coraz bardzie zawęża się. Widać coraz mniej. I być może niedługo dawne pola zarosną brzozowymi czy sosnowymi samosiejkami zasłaniając całkowicie widok na wieś.

Ironia losu. Tysiące lat temu nasi pradziadowie karczowali lasy pod siedliska, pola i łąki, a teraz, na początku XXI wieku i trzeciego tysiąclecia, pola ponownie zarastają lasami lub stają się ugorami. Tylko pola nad Sanem jeszcze funkcjonują, bo są łatwiejsze w uprawie (zwłaszcza truskawek). Ale być może i one kiedyś znikną robiąc miejsce pod budowę letnich daczy ludzi "z miasta".
Takie są znamiona czasu oraz skutki obecnej sytuacji społeczno-gospodarczej w kraju. Wieś wyludnia się, Młodzi wyjeżdżają do miasta i za granicę, bo pracy nie ma, mniejszy jest zbyt na artykuły rolne. A mniejszy zbyt, bo mimo mniejszej powierzchni uprawnej w Polsce, produkcja płodów rolnych jest duża. (zresztą tak jak w całej Europie).
Kiedyś PGR-y pracowały pełną parą ("na tzw. planowym deficycie"), indywidualni rolnicy również dużo produkowali. Cała produkcję rolną brano "na pniu", GS-y wszystko skupowały, a w sklepach żywności brakowało. Teraz jest odwrotnie.
I tak jak dawniej, mieszkańcy biednych regionów kraju, takich jak Galicja, Podhale czy, Podkarpacie, wyjeżdżali "za chlebem", tak teraz ich śladami wyjeżdża czwarte czy piąte pokolenie.

W 1909 roku dziadek żony Michał Milczanowski po raz pierwszy przypłynął do Ameryki. Sto lat później jego potomkowie, zamieszkali skromne przysiółki temeszowskie wyjeżdżają na dłużej, krócej lub na stałe do Anglii, Francji czy za Wielką Wodę.
Właśnie 2 tygodnie temu miałem okazję być w Paryżu na uroczystości komunijnej córki Heni, z domu Milczanowskiej, bratanicy Celinki (mieszkanki Bud i spędzającej corocznie w rodzinnym domu sierpniowy urlop).
Wyjazdy mają też pozytywny (poza finansowym) wydźwięk. Ludzie poznają świat, języki obce i mówiąc górnolotnie stają się obywatelami świata oraz starają się osiągnąć więcej niż ich rodzice.

Sympatią do Temeszowa zaraził się nasz starszy syn, który urlop w tym tygodniu spędził właśnie na Zapolanie. Miał okazję zobaczyć postępy na budowie kościoła.

Dobrze, że nie ma już niebezpieczeństwa zniknięcia wsi, która miała być zalana wodami zapory wodnej w Niewistce. Chociaż podobno zapora ma powstać, tylko na mniejszą skalę i część terenów koło Niewistki jest już rezerwowana pod zalew.

Wracając do historii Temeszowa i okolic. Przed wojną przenikały się tu kultura polska i ukraińska. W Temeszowie żyła ludność polska, rzymskokatolicka, a już w Witryłowie unicka (greckokatolicka). Unitów nazywano Rusinami, chociaż nie byli prawosławnymi tylko katolikami obrządku wschodniego. Mieszkańcy obu społeczności żyli w zgodzie, żenili się między sobą i odwiedzali się w swoje święta.
Dopiero w czasie wojny i tuż po wyszły animozje między Polakami i Ukraińcami, czego dowodem było spalenie Temeszowa przez bandę ukraińską.
Dlatego w okresie gierkowskim chciano pozbawić miejscowości odwiecznych nazw ukraińskich i zmieniono m.in. Ulucz na Łąkę a Witryłów na Wietrzną. Dobrze, ze stan ten trwał krótko. Nie można historii naginać do polityki.

Załączam zdjęcie kilkudziesięcioletniej lipy rosnącej na podwórzu na Zapolanie. Piękne drzewo, które warto by oficjalnie wpisać na listę zabytków przyrody. Główny pień lipy powinno się też fachowo zabezpieczyć mocną metalową obejmą, bo w przeciwnym wypadku może ulec pęknięciu i odłamaniu części drzewa.

Przesyłam pozdrowienia i myślę, że po tym co napisałem, chyba przeze mnie jeszcze za bardzo starość nie przemawia.

Stanisław Ossowski