You are hereMoje drogi do Temeszowa
Moje drogi do Temeszowa
W czasie podróży służbowej do Rzeszowa, poznałem Celinkę, mieszkankę Temeszowa. Było to w czerwcu 1972 roku. W tym czasie nie przebywała na stałe w Temeszowie. Mieszkała i pracowała w szkole koło Jarosławia. Ale oczywiście często przyjeżdżała do rodziców na Zapolany.
Trzy miesiące później, bo już we wrześniu tego roku, po raz pierwszy pojechaliśmy razem do Temeszowa. Popołudniowym PKS-em z Rzeszowa. Był to wysłużony autobus marki „San”. Czy prowadził go „legendarny” kierowca pan Wota, nie pamiętam. Ale pewnie tak, bo przez wiele lat, dwa razy dziennie, „robił” kurs z Końskiego do Rzeszowa i z powrotem. Potem wielokrotnie woził mnie w jedną i drugą stronę.
Było już ciemno, gdy autobus koło Niebylca popsuł się. Wraz z innymi pechowymi pasażerami czekaliśmy przez dwie godziny na pojazd zastępczy. Dopiero wieczorem dotarliśmy do Temeszowa.
Powitała nas wieczorna cisza i wrześniowe rozgwieżdżone niebo. Jeszcze strome podejście i po chwili stanęliśmy przed progiem drewnianego, górującego nad wsią, domu na Zapolanie.
Chwila niepewności, jak zostanę przyjęty. Ale serdeczność rodziców Celinki, późniejszych moich teściów, przełamała pierwsze lody. Dzień zakończyliśmy na rodzinnym spotkaniu na Budach. Oczywiście, przy nieodzownym w takich wypadkach, akordeonie.
Potem wielokrotnie jeździłem do Temeszowa, razem z żoną i dziećmi, ale także sam. Zdarzało się, że Wigilia była w Warszawie, potem nocny pociąg do Rzeszowa i PKS, często z przesiadką w Brzozowie, a Boże Narodzenie już na śnieżnych Zapolanach.
W tym czasie, nie mając jeszcze samochodu, podróżowałem koleją, Ponieważ do zapchanych pociągów pospiesznych trudno było się dostać, wolałem jeździć pociągami osobowymi i z przesiadkami. Dłużej, ale bez stresu i niewygody.
Z Warszawy wyjeżdżałem w piątek wieczornym pociągiem do Skarżyska Kamiennej. Stąd następnym, przyjeżdżającym do Rozwadowa o północy. Po godzinnej przerwie na stacji, dalsza podróż kierunku Przeworska.
Jazda na odcinku Skarżysko Kamienna – Rozwadów obfitowała w zabawne momenty. Otóż tym nocnym pociągiem podróżowali wędkarze jadący nad Wisłę. Pasażerowie zabijali czas grając w karty i popijając wódeczke. Następni wędkarze dosiadali się na kolejnych stacjach, w Starachowicach, Ostrowcu Św. i dalszych. Wszyscy dobrze się znali.
W pewnym momencie przez wagony przechodził konduktor z czapką w ręku, do której pasażerowie wrzucali pieniążki. Zupełnie jak w „Przedwiośniu” Żeromskiego, gdy pociąg stawał w polu, a konduktor zbierał do czapki pieniądze dla pana mechanika, od wracających z Rosji do Polski rodaków, na tzw. „remontik”. Wówczas pociąg ruszał dalej, by po pewnym czasie znowu stanąć na kolejny „remontik”.
Nie wiedząc, o co tu chodzi, czekałem na dalszy rozwój wypadków. W pewnym momencie maszynista zagwizdał, co było sygnałem dla pasażerów. Zrobił się ruch, wędkarze schowali karty i wziąwszy wędki czekali na opuszczenie wagonów. Przed wjazdem na most na Wiśle pod Sandomierzem pociąg stanął, aby amatorzy wędkowania mogli wysiąść i po chwili znaleźć się bezpośrednio nad brzegiem rzeki.
Rzecz polegała na tym, , że ostatnia stacja znajdowała się parę kilometrów przed Wisłą i wędkarze musieliby po ciemku pokonać ten dystans, by dojść do wody. A w ten sposób opłacony maszynista pociągu umożliwiał im skrócenie czasu i bezpośrednie dojście na stanowiska wędkarskie.
Ilekroć, kiedy jechałem tym pociągiem, sytuacja powtarzała się.
O czwartej nad ranem byłem już w Przeworsku. Trzy godziny czekania na PKS do Dynowa. Obserwacja podróżnych, spacer po mieście dla wytracenia czasu. Rzut oka na „Przeworsk Wąski” czyli początkową stację ciuchci dynowskiej.
I znowu zabawne momenty, gdy ze stacyjnego megafonu odzywał się głos (z charakterystycznym lwowskim zaśpiewem) zapowiadający przyjeżdżający pociąg: „pociąg osobowy z Rzeszooowa, wjechał na tor przy peronie pieeeerwszym”; „pociąg pośpieszny do Wrocłaaawia odjeżdża z toru przy peronie druuugim”.
Kolejny etap podróży, już autobusem, przez Kańczugę i Jawornik Polski, wzdłuż torów kolejki dynowskiej biegnącej w jedynym w Polsce tunelu na liniach wąskotorowych (602 m).
Następna przesiadka w Dynowie i przed dziewiątą rano wysiadam na przystanku w Krzemiennej, pod wysokimi kasztanami.
I pytanie, czy autobus z Brzozowa na Końskie już pojechał, czy jeszcze nie. Jeżeli nie, to za pięć minut jestem w Temeszowie. Jeżeli jednak pojechał, to przede mną dwukilometrowy spacer nierzadko z ciężkim bagażem.
Lżej robiło się na sercu, gdy przeszedłszy obok skały, a potem przez mostek (obok którego rozpoczyna swój bieg polna droga przez Uniacze do Dydni) pojawiała się tabliczka z napisem Temeszów. Jeszcze znak krzyża przed stojącą u wrót wsi kapliczką, strzeżoną przez dwie wysokie sosny (niestety już nieistniejące), i cel podróży.
Na koniec wspinaczka na Zapolany i, po prawie 17 godzinach jazdy, jestem na miejscu. A w nagrodę radość ze spotkania i na śniadanie wspaniały temeszowski twarożek.
Powrót do Warszawy w niedzielę - przez Dynów i Przemyśl. Podróż w obie strony była dłuższa niż pobyt w Temeszowie.
Innym razem. Popołudniowy kurs z Rzeszowa na Końskie, przez Domaradz, Brzozów, Grabownicę. Z przeciwka przemieszcza się orszak weselny. Pan Wota nie zastanawia się. Zajeżdża autobusem orszakowi drogę. Wysiada z wozu i składa życzenia państwu młodym. Starosta weselny musi wykupić się odpowiednią flaszką. Za chwilę droga dla nowożeńców wolna, a my ruszamy w dalszą trasę.
Powrót po weekendowym pobycie w Temeszowie. Jadę w poniedziałek do Rzeszowa, gdzie czekają na mnie służbowe sprawy. Wczesny, rześki ranek na przystanku. Zbierają się podróżni, wracający do domu po odwiedzinach u rodziny i pracownicy jadący na pierwszą zmianę. Podjeżdżają kolejno autobusy z Witryłowa i Końskiego - rejsowy do Sanoka, robotniczy z „Autosanu”, robotniczy z „Gumy”.
I wreszcie ostatni, mój rzeszowski. Przede mną niecałe dwie godziny jazdy. Jest okazja, żeby dospać wczesne wstanie.
I znów wyjazd do Temeszowa. Zabieram się w piątek samochodem z kolegami, którzy po służbowym pobycie w Warszawie wracają do Rzeszowa. Planuję tak, żeby zdążyć na ostatni kurs z Brzozowa. W Rzeszowie łapię autobus jadący do Sanoka.
O 22.20 odjeżdża do Witryłowa PKS zabierający pracowników drugiej zmiany. Przed jedenastą jestem w Temeszowie. Widoczne z dołu światło w oknie na Zapolanie świadczy, że ktoś czuwa. Pukam w szybę kuchni awizując swoje przybycie. Uprzedzona listownie o moim przyjeździe Mama otwiera drzwi i szykuje późną kolację.
Ale było też tak, że ostatni autobus z Brzozowa nie jeździł do Witryłowa, tylko kończył bieg przy „Kosmosie” w Dydni. I dalej trzeba było już iść na piechotę.
Dzisiaj, gdy podróż samochodem jest krótsza i wygodniejsza, przynosi inne wrażenia. Śniadanie w Warszawie, a obiad już w Temeszowie. Po drodze wizyta na dydnieńskim cmentarzu, gdzie na grobach nieżyjących już bliskich, stawiamy kwiaty i zapalamy znicze.
Ale tamte podróże wspominam z sympatią i z rozrzewnieniem.
Stanisław Ossowski